Stefan Hula dla Skipola: „Kombinezony to pomysł szwagra”
Stefan Hula w kadrze skoczków pełni podwójną rolę. Oprócz bycia czynnym zawodnikiem zajmuje się także produkcją kombinezonów. W Klingenthal opowiedział Michałowi Chmielewskiemu m.in. o sztuce bycia sportowym krawcem, problemach z wiarą w umiejętności i o radości płynącej ze skakania.
Michał Chmielewski: Powołanie na konkursy w Klingenthal było zaskoczeniem, czy spodziewałeś się go na podstawie ostatnich treningów?
Stefan Hula: Nie było to zaskoczenie. Na treningach prezentowałem się dobrze, czasem nawet bardzo dobrze. Mieliśmy też sprawdziany, w których dwa razy byłem czwarty, więc myślę, że zasłużyłem na przyjazd tutaj. Szkoda tylko, że nie wykorzystałem tej szansy, ale takie jest życie.
Rywalizacja z młodzieżą to presja, czy może mobilizacja do wytężonej pracy?
Bardzo się cieszę, że mamy młodych zdolnych, bo to tylko lepiej dla nas, że jest tylu chętnych na jedno miejsce. Wzmacnia to wewnętrzną rywalizację, a więc i ogólny poziom reprezentacji. Mamy w tej chwili prawdziwy urodzaj i oby zostało tak jak najdłużej. Poza tym ma to też inną zaletę – my starsi czujemy się przy nich młodziej!
Pamiętam, gdy przy okazji zawodów w Harrachovie widziałem Cię jako przedskoczka. Nie lądowałeś na buli, ale regularnie za punktem K. Później było kilka dobrych występów (najwyżej 7. w Engelbergu w 2010 roku – red.), ale bądźmy szczerzy – kariera nie idzie Ci idealnie. Jakie są tego przyczyny?
Konkursy takie jak ten w Engelbergu były prezentacją moich rzeczywistych umiejętności. Jest mi przykro, że tak ich niewiele. Brakuje mi wiary, przekonania, że jestem w stanie ustabilizować swoją formę na dłużej niż parę weekendów. Rezultaty z tej inauguracji wcale tej wiary nie dodają, muszę sobie z tym poradzić.
Lata mijają, a chęć do treningów?
Od lat jest tak samo wysoka, nic nie zgasło. Czasami zdarzają się momenty zwątpienia, jak chyba wszystkim zawodnikom, ale i z tym sobie radzę. Wiem, że stać mnie na dużo, ale muszę po prostu nauczyć się to udowadniać. Między innymi samemu sobie. Mam wiarę, że dobre chwile jeszcze nadejdą i będę się wtedy jeszcze bardziej cieszył z tego, co w życiu robię.
A robisz wiele ciekawych rzeczy. Skąd pomysł na firmę szyjącą kombinezony?
Założenie Huligans to w zasadzie pomysł mojego szwagra, wpadł na to jakieś dwa lata temu. Żona jest po włókiennictwie, więc miała do czynienia z takimi pracami, przyzwyczaiła się tylko do nowego materiału i tak już poszło. Staramy się i chcemy wciąż wykonywać jak najlepszą robotę i idziemy z tym tematem.
Zajęcie na lata?
Myślę, że tak.
Wielu zawodników po zakończeniu kariery szuka sobie zajęć przy skokach. To narciarskie uzależnienie?
Jasne, że tak. Skoczkiem jest się całe życie, to wielka pasja. Bardzo chciałbym zostać wewnątrz tego światka na dłużej i wybrałem sobie taką drogę. Jedni realizują się jako szkoleniowcy, ja będę miał taką rolę. Równie ciekawą.
Są kupcy?
Przede wszystkim zaopatruję kolegów z kraju, którzy chętnie korzystają z naszej pomocy. Ten rynek jest aktualnie największy, ale czasem współpracę oferują też reprezentanci Ukrainy, którzy często przebywają w Polsce na treningach. To niełatwy biznes, jeżeli weźmiemy pod uwagę, iż skoczków na świecie zbyt wielu nie ma, a chętnych do produkcji sprzętu nie brakuje. Prawie każda reprezentacja ma jakieś tajemnice, nowe technologie, pomysły i jeśli je wprowadzają, to u własnych zaopatrzeniowców. Nie ma tak, że jeden szyje wszystkim i pozyskiwanie kupców to żmudna robota.
Co jest najtrudniejsze?
Kupno dobrego materiału. Nasze pozyskujemy ze Szwajcarii, ale z tym bywają kłopoty, bo ekip, które są chętne na zakupy jest dużo i większość korzysta z jednego hurtownika. Stała kontrola ich oferty to podstawa. Oprócz tego spore wymagania stawia FIS, której wymogi dotyczące krojów, rozmiarów, odchyleń i tym podobnych to osobna historia. Musimy być bardzo precyzyjni w tym, co robimy. Innej możliwości nie ma.
To kiedy zamieniasz narty na igłę z nitką?
Aż mnie przestanie cieszyć skakanie. Ale cieszy!
W KLINGENTHAL ROZMAWIAŁ MICHAŁ CHMIELEWSKI | @CHMIIELEWSKI


