Arctic Circle Race - część II relacji Andrzeja Guzińskiego

W dniu startu należało dostarczyć limitowany do 15kg bagaż na miejsce startu. Jak się okazało w moim przypadku niepotrzebnie dostosowałem się do wymogów Organizatora, gdyż musiałem ograniczyć do minimum ilość żywności na trzy dni, która w konsekwencji okazała się zbyt mała (mimo wcześniej przeliczonych kalorii), na tak wymagające warunki?
Start biegu odbył się przy pięknej słonecznej i niemal bezwietrznej pogodzie, co na tamtejsze realia było ewenementem. Bieg rozpoczął się na miejscowej arenie narciarskiej i wiódł przez malownicze szlaki. Przez pierwsze 18 kilometrów miałem wrażenie, że opublikowane informacje na temat biegu były przesadzone, szczególnie te mówiące o najtrudniejszym biegu na świecie. Po kolejnych 8 kilometrach urozmaiconej trasy zaczęło robić się ciekawie, ale wiedziałem, że dla mnie bieg powinien zakończyć się (według opisów Organizatora) po 32 kilometrach, więc byłem dobrej myśli. Ostatecznie okazało się, że pierwszy odcinek miał ponad 35 kilometrów, z czego ostatnie 10 kilometrów było jedne z trudniejszych, które przebiegłem w życiu. Po drodze było kilka ekstremalnych zjazdów pierwszy po morderczej wspinaczce wydawał się łagodnym, a zarazem zdradliwym, który zbagatelizowałem i w konsekwencji wyleciałem kilkanaście metrów poza trasę z prawie 10-cio kilowym plecakiem. Po upadku sądziłem, że to dla mnie już koniec wyścigu, gdyż byłem przekonany, że jestem połamany, ale okazało się, że się „pozbierałem” i zarówno ja jak i sprzęt przetrwał moje „piruety i salta”.
Po powrocie na trasę mój ubiór w większości nie nadał się do kontunuowania biegu, gdyż zamienił się błyskawicznie w sopel lodu. Na szczęście w plecaku miałem obowiązkowy strój na przebranie, z którego skorzystałem. Z rozciętym nosem i podbitym policzkiem, obolałym barkiem i odcinkiem szyjnym kręgosłupa ruszyłem w dalszą trasę. Do mety pierwszego etapu dotarłem na 12 miejscu wśród mężczyzn.

Andrzej Guziński na tarsie biegu
W obozie czekały na wszystkich 2 namioty jeden ogrzewany przeznaczony do suszenia ubrań i drugi, w którym można było przygotować sobie posiłek (Organizatorzy zapewniali gorąca wodę). Na noclegi przygotowano 3-osobowe namioty. Po biegu każdego dnia można było skorzystać z 10 minutowego masażu.
Drugi dzień był o tyle „łatwiejszy”, że każdy był świadomy, co go czeka na trasie i mógł starać się optymalnie rozłożyć siły, gdyż rozpoczynaliśmy na tych samych trasach, co dnia wcześniejszego, a później wiadomo było, że mamy 10km biegu po fiordzie, gdzie powinno biegać się w miarę łatwo. Ostatecznie nie wszystko się sprawdziło, bo doszedł kilkukilometrowy odcinek (obowiązkowo pokonywany bez nart), gdy zbiegało się do fiordu. W moim przypadku odcinek ten okazał się bardzo trudny, kiedy po pokonaniu fiordu, trzeba było maszerować z nartami pod wymagającą górę i wydawało się, że ta góra nigdy się nie skończy. Po dotarciu na metę okazało się, że poprawiłem swoją pozycję o 2 miejsca, co oznaczało, że innym ten odcinek maratonu dał się jeszcze bardziej we znaki…?
Już pierwszego dnia przekonałem się, że zabrana przeze mnie ilość jedzenia była zbyt mała i pomimo zabezpieczenia ok. 3500 kalorii na dzień plus jedzenie na trasie była to ilość niewystarczająca, ale to ewentualna nauczka na przyszłość. Po drugim dniu zawodów odbyła się degustacja grenlandzkiej żywności (w większości suszone owoce morza), która zaspokoiła mój głód tego dnia.

Obóz uczestników
Trzeci dzień był o tyle prostszy, że wiadomo było, w 100% jaka będzie trasa, no i sam fakt, że po przekroczeniu mety będzie można wreszcie zabrać upragniony prysznic. To wszystko spowodowało, że tempo mojego biegu pomimo zmęczenia znacząco wzrosło i na mecie pojawiłem się w niewiele ponad 3 godziny, kończąc swój ARC na 9 pozycji wśród mężczyzn na dystansie 100km!
Byłem szczęśliwy, że pomimo wielu przeciwności losu, udało mi się pokonać kolejne wyzwanie.
Dzień po zakończeniu biegu odbyła się gala dla wszystkich zawodników oraz wolontariuszy. Ciekawostką był fakt, że na 170 zawodników uczestniczących w biegu przypadało 180 wolontariuszy obsługujących bieg i gala była dla tych osób również formą podziękowania za pracę. Organizatorzy długo wspominali założyciela biegu, który stworzył pierwszą edycję ACR w 1998 roku. Następnie odbyła się dekoracja zwycięzców. Każdy z uczestników otrzymał certyfikat poświadczający ukończenie ARC. W między czasie odbyły się występy artystyczne oraz wspólne śpiewanie. Na zakończenie gali Organizatorzy przygotowali zabawę taneczną dla wszystkich chętnych przy muzyce na żywo, którą zaprezentował miejscowy zespół muzyczny.

W ostatni dzień przed wyjazdem z Grenlandii postanowiłem objechać trasę ACR raz jeszcze, tym razem na skuterze śnieżnym. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, w czasie którego mogłem zakosztować raz jeszcze magicznych grenlandzkich widoków.
Podsumowując udział w ACR był dla mnie fascynującym przeżyciem i próbą dla organizmu jak przetrwać w trudnych warunkach. Temperatura w nocy spadała do minus 25 stopni i spanie w tej temperaturze w nieogrzewanym namiocie było sporym wyzwaniem. Ponadto trasa biegu, która na moim dystansie miała ok. 3 tys. przewyższeń w niskiej temperaturze była dla mnie bardzo wymagająca. Jednakże „nie zamknąłem za sobą przysłowiowych drzwi” i sprawa ukończenia ACR w wersji 160km pozostaje dla mnie nadal otwarta…?
Moim zdaniem każde ze słów Intensity, Drama i Beauty, wymienionych przez Organizatora, w równym stopniu oddaje klimat zawodów. Bieg polecam wszystkim, którzy poszukują szczególnych wyzwań narciarsko-survivalowych w egzotycznym miejscu i przepięknych okolicznościach przyrody.
tekst i foto: Andrzej Guziński
więcej relacji Andrzeja z jego podrózy po świecie i udziału w zawodach zbnajdziecie >>> TUTAJ <<<
POLECAMY


